Kulki bakaliowe z płatkami owsianymi

6 Feb

DSCN1609

Moje ostatnie słodkie odkrycie. Można opychać się nimi bez wyrzutów sumienia. Wiadomo, kalorie swoje mają, ale kaloria kalorii nie równa. Robią się praktycznie same, podczas produkcji kuchnia się specjalnie nie brudzi (no dobra, poniosło mnie, moja się brudzi), a jak zrobię większą porcję to mogę przez trzy dni systematycznie przetaczać się do lodówki i wyciągać kulkę. Sesja w pełni, mózg lubi węglowodany,  zawsze jakaś wymówka dla drobnych pyszności się znajdzie. Choć moja rozprawa z zaliczeniami bardziej przypomina kota przemierzającego wszechświat na syntezatorze niż rzetelną naukę, z racji odniesionych sukcesów zasłużyłam na pyszności.   Kulki są niestety dość drogie w wykonaniu, wiadomo, za luksusy trzeba płacić. Jednakże moim zdaniem wystarczy poszukać w domu, zawsze zalegają jakieś niedokończone paczki orzechów czy daktyli. Ja ładuje do nich takie bakalie, jakie wygrzebie z okolicznych szafek, wrzucamy to, co akurat mamy.

Potrzebujemy

  • Bakalie, takie jakie mamy, mogą być: każde orzechy, suszone figi, morele, śliwki, rodzynki, wiórki kokosowe, płatki migdałowe
  • Płatki owsiane
  • Odrobinę wody lub mleka
  • Łyżka kakao
  • Cynamon
  • Opcjonalnie: miód
  • Zmielone orzechy, drobne płatki migdałów bądź wiórki kokosowe do obtoczenia

Wszystko co mamy z wyjątkiem drobiazgów przeznaczonych do obtoczenia kulek wsypujemy do miseczki. Proporcje są dowolne, ale warto dać trochę więcej orzechów- wtedy masa jest gęstsza.  Zalewamy wrzątkiem i odstawiamy na godzinę. Po godzinie część wody odlewamy i mielimy bakalie w blenderze.  Jeśli masa jest zbyt gęsta i nie chce się mielić (u mnie tak było kiedy przesadziłam z orzechami) dodajemy odrobine mleka lub wody. Na końcu wsypujemy płatki owsiane, tak żeby stanowiły około 1/3, 1/4 masy. Suszone owoce mają zdecydowanie przeważać.  Dodajemy kakao i cynamon, jeśli masa jest za mało słodka łyżkę, dwie miodu.  Kulki na początku ciężko jest uformować, szczególnie kiedy masa jest zbyt rzadka. Wtedy ratujemy się wiórkami lub płatkami i formujemy smakołyki. Ma być ciężko, nie ma pyszności za darmo. Obtaczamy w płatkach, układamy na talerzu i schładzamy w lodówce. Zaobserwowałam, że im dłużej siedzą w lodówce, tym są lepsze. Na początku ich smak mnie nie zwalił z nóg, jednak na drugi dzień opychałam się nimi jak czekoladkami, tylko bez wyrzutów sumienia. Przechowywać koniecznie w lodówce. Smacznego !

Tak teraz patrze na nie i widzę, że są bardzo nieforemne. No cóż, kiedyś jako jedyna w klasie dostałam tróję za malunek. I była to trója postawiona z dobrego serca. Tatuś, po którym niewątpliwie odziedziczyłam talent plastyczny do tej pory chwali się, ze kiedyś narysował na lekcji “trzech murzynów w ciemnej sali”. Reakcji nauczycielki chyba nie muszę przytaczać.

Kokosowo

Advertisements

Sałatka z roszponką, pomidorkami koktajlowymi i granatem

27 Jan

DSCN1595

Pogoda nie sprzyja opuszczaniu ciepłego domu, więc ostatnio więcej czasu spędzam w kuchni. Niestety, nie wpłynęło to specjalnie na moją aktywność w blogosferze. Wytłumaczenie jest proste- potrawy znikają szybko, zazwyczaj szybciej niż dowlokę się z aparatem do kuchni i narobię zdjęć.  Dziś poniedziałek, w dodatku zimny poniedziałek, w związku z czym nawet mi brakuje energii i chęci do życia. Mam nadzieje, że moja sałatka okaże się wystarczająco dobra, bo nie mam poza nią dziś do zaoferowania nic, żadnych historyjek czy anegdotek. Zdjęciem psa też się nie poratuję, ponieważ w połowie strzyżenia go zepsuła się (taak jasne, sama się zepsuła, zupełnie przypadkowo) maszynka. Łatwo sobie wyobrazić , jak wygląda prawie siedmiokilowy terier (krzyżówka yorka z dobermanem) mający ogoloną górę i lewą stronę grzbietu, a resztę ciała nie. Ja twierdzę, że przypomina teraz króla dżungli, ale jego zachowanie zdecydowanie bardziej wskazuje na rywalizację o pozycję króla kanapy. Ciekawe z kim.

Chciałabym dziś zaproponować wam odrobinę witamin, tak ważnych w ten zimowy czas. Porcje sałatki można dowolnie modyfikować, dlatego tylko przy niektórych składnikach zaznaczę ilość. Jest pyszna, lekka i zdrowa. Uwielbiam sałatki ze słodkimi elementami, w tej roli świetnie sprawdza się owoc granatu. Idealnie nadaje się na kolacje, zaserwowana z chrupiącymi grzankami. Potrzebujemy:

  • Garść roszponki
  • Garść sałaty rzymskiej (można użyć endywii, sałaty lodowej, ma być zielone)
  • Kiełki
  • Granat
  • Kilka pomidorków koktajlowych przekrojonych na pół

Dressing:

  • Sól, pieprz
  • Łyżka soku z cytryny
  • Łyżeczka octu winnego
  • Zioła prowansalskie
  • 2 łyżki oliwy (można zastąpić innym olejem)
  • Odrobina wody
  • Parmezan do posypania

 Z podanych proporcji dressingu wychodzi mniej więcej na jedną porcję sałatki, więc w wypadku dużej ilości zieleniny trzeba porcję podwoić lub potroić.  W sałatce w zasadzie nie ma nic trudnego, warzywa myjemy i układamy warstwowo na sobie. Od jakiegoś czasu nie przyrządzam sałatek w misce, a na dużym talerzu, rozkładając składniki jeden na drugim. Na końcu polewamy sosem i posypujemy obficie parmezanem. Podpatrzyłam takie ułożenie w książkach Jamiego Olivera i szalenie mi się spodobało, jest dużo estetyczniejsze niż wrzucanie wszystkiego do jednej michy i mieszanie z dressingiem. Smacznego! 🙂
Niskokaloryczny styczeń

Pizza na grubym cieście

19 Jan

DSCN1589

Pizza w naszym domu jest nie tylko obiadem. Jest walutą, lepszą niż pieniądze. Za pizzę można wyhandlować wyjazd na zakupy, obiecując pizzę można zwabić do siebie znajomych. Brzmi dziwnie? Nie, kiedy mieszka się na obrzeżach dużego miasta, gdzie dojazd z centrum w godzinach szczytu bardziej przypomina wyprawę do Mordoru, niż wycieczkę po metropolii. Pizza ponadto jest jedynym daniem, z którego zawsze wszyscy są zadowoleni. Nie licząc mojego sumienia, ale nie ma dań idealnych. Na kawałku pizzy znajdują się ogórki konserwowe. Poważnie. Jak widać, są dziwy w niebie i na ziemi, o których ani śniło się waszym filozofom. Oczywiście nie jest to mój pomysł, moke kubki smakowe skręcają się na myśl o pizzy z ogórami. Nie próbujcie tego w domu. 

Przepis podaję na dużą blachę (taką czarną, co zajmuje cały piekarnik). Jeżeli mamy ochotę na cieńsze ciasto, można proporcjonalnie zmniejszyć ilość składników o 1/4.

  • 130 ml mleka
  • 130 ml wody
  • 20 g świeżych drożdży
  • 3 szklanki mąki
  • Łyżeczka soli
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • Zioła prowansalskie
  • Ulubione dodatki, ja wybrałam: ser żółty, zielone oliwki, czerwoną cebulę, kukurydzę, salami

Na sos:

  • Keczup
  • Koncentrat pomidorowy
  • Oregano
  •  świeżo zmielony pieprz

Do miski wlewamy lekko ciepłe mleko i wodę. Dodajemy podziabane na małe kawałeczki drożdże i mieszamy aż się rozpuszczą. Wsypujemy dwie i pół szklanki mąki, sól, oliwę. Mieszamy do uzyskania jednolitej masy, odstawiamy pod przykryciem do wyrośnięcia na około godzinę. W tym czasie za pomocą wacika smarujemy blaszkę olejem i nagrzewamy piekarnik do 180 stopni. Jeżeli oszczędzacie w domu na ogrzewaniu, polecam odkręcić na mały płomień jeden palnik na kuchence i postawić miskę z zaczynem obok, lepiej będzie rosło. Kiedy ciasto potroi swoją objętość, wsypujemy pozostałe pół szklanki mąki i formujemy kulę. Jeśli jest zbyt rzadkie, dodajemy więcej mąki. Rozwałkowujemy na blacie i ostrożnie przekładamy na blaszkę, nadając mu pożądany kształt. Różne są szkoły pieczenia ciasta na pizzę, jedni podpiekają spód przed nałożeniem składników, inni nie. Ja zdecydowanie nie. Dlaczego? Bo nie widzę różnicy, nie widzę takiej potrzeby. Pizza piecze się ładnie i równo zapakowana składnikami, pod warunkiem, że nie są to surowe pieczarki. I tu nadchodzi czas na małą dygresję: nie dawajcie na pizzę surowych pieczarek w kosmicznych ilościach, ponieważ puszczany przez nie sok źle wpływa na ciasto. Pieczarki lepiej odparować i podsmażyć przed położeniem. Okej. Tyle z dygresji na dziś. Pizza jest prostym daniem i przy minimalnych zdolnościach kulinarnych ciężko cokolwiek schrzanić, pod warunkiem, że posiada się przyzwoity przepis na ciasto.

Sporządzamy sos: mieszamy koncentrat z keczupem w proporcji 1:1 i dodajemy zioła. Można zaostrzyć smak słodkim sosem chili bądź papryką ostrą. Smarujemy nim równo ciasto, posypujemy serem i rozkładamy ulubione składniki. Pieczemy w 180 stopniach około pół godziny, raczej mniej niż więcej. Pamiętajcie, że czas pieczenia w dużej mierze zależy od piekarnika, a nie minutnika. Jak rozpoznać że pizza jest upieczona? Spód musi ładnie odchodzić od blachy, warto także oderwać kawałek grubego brzegu i zerknąć czy w środku jest wypieczony.  Ostatnim krokiem jest próba nie zjedzenia całej pizzy na raz. Powodzenia! 

Pieczony łosoś ze szpinakiem

9 Jan

DSCN1585Uwielbiam pieczonego łososia. Jest on łatwy do przygotowania, bardzo zdrowy, polecany na każdej diecie. Nadszedł czas postanowień noworocznych, ludzie tłumnie łudzą się, że w nowym roku coś zmienią, poprawią swoją figurę, będą się sumiennie uczyć i bardziej przykładać do pracy… Już to widzę. Od wielu lat omija mnie ten trend, nie przywiązuje bowiem specjalnej wagi do nadejścia nowego roku. Co innego zmiany od poniedziałku, to wydaje się jakieś realniejsze, bo poniedziałek jest dość często i ma się dużo szans. 🙂 Fanką diet cud nie jestem, ale lubię zdrową, lekką kuchnię, pozbawioną zbędnej chemii i zbędnych kalorii. Pomijając słodycze oczywiście, odmiawiam wypowiadania się na ten temat po świętach.  W takim razie skoro nadszedł nowy rok i połowa społeczeństwa przymierza się do zmiany stylu życia na zdrowszy, zamieszczam przepis na prawdziwy smakołyk, którym można opychać się bez wyrzutów sumienia. Na każdej diecie.

Składniki (na dwie porcje)

  • 250-300 gram surowego filetu z łososia
  • Papryka słodka, ostra, sól, pieprz, odrobina soku z cytryny, przyprawa do ryb
  • Opakowanie mrożonego szpinaku
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 3-4 łyżki jogurtu naturalnego

Łososia myjemy, układamy w naczyniu żaroodpornym, posypujemy przyprawami i skrapiamy sokiem z cytryny. Wierzch symbolicznie opryskujemy oliwą z oliwek.  Wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni i pieczemy 25-30 minut (w zależności od grubości kawałka).

W tym czasie w garnku szykujemy szpinak. Mała dygresja: uważajcie kupując mrożonki. Ostatnio przy zakupie owego warzywa pokąsał mnie wąż starannie hodowany w mojej kieszeni i kupiłam szpinak z nazwą supermarketu na opakowaniu. Po otwarciu okazało się, że połowę paczki zajmuje zamrożona, zielona woda. Obrzydlistwo. Konieczne więc jest uciszenie węwnętrznego sknerusa i kupienie szpinaku z renomowanej firmy. Podgrzewamy go, dodajemy sól, pieprz, wegetę. Szpinak potrzebuje dużo soli, aby był smaczny. Na końcu dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek oraz jogurt, pamiętając, że jogurt kiepsko znosi podgrzewanie. Jeżeli praktykujemy więc kaloryczne oszustwo i zastępujemy śmietanę jogurtem, dodawajmy go na samym końcu, bo inaczej zmieni konsystencję. Wiadomo, że lepiej użyć śmietany osiemnastki, a jeszcze lepiej cały szpinak przysmażyć na maśle i na końcu dodać starty ser żółty bądź pleśniowy, ale cóż, nie dla psa kiełbasa. Życzę więc smacznego i przyjemnego nowego rozmiaru dżinsów.

Niskokaloryczny styczeń

Wigilijna kutia

23 Dec

DSCN1546

Dzisiejszy dzień miałam poświęcić w całości na przygotowania świąteczne, ale wyszło jak zwykle. Przecież musiałam koniecznie, natychmiast, właśnie dziś iść do fryzjera. Skoro nie gościłam w salonie fryzjerskim jakieś pięć lat, oczywiste jest, że nie mogłam z tym czekać ani dnia dłużej. W efekcie krzątanie w kuchni odrobinę się przesunęło. Wyczarowałam całą masę pyszności, spodziewam się gości, także miałam co robić. Świątecznym typem nie jestem, Last Christmas i tym podobne powodują u mnie wysypkę, ale wiadomo, że każdy czas spędzony w kuchni to dobrze spędzony czas. Najważniejsze to nie popadać w żadną paranoję ani spinkę podczas przygotowań.  Świat się nie skończy, jak makowiec się przypali. Naszemu piernikowemu lisowi złamał się ogon, choinka już się sypie, a w ogóle to na blisko dwumetrowym drzewku mamy dwanaście bombek, bo kiedy poszliśmy do tesco kupić więcej kiełbasa okazała się bardziej kuszącą inwestycją. Czyli jak zwykle, wszystko po staremu. Humor dopisuje, a w  kuchni dalej bałagan. „Bez spiny, luźno, są wakacje kochani” . Dla rozluźnienia polecam więc  martini. Nic się nie przypala, nic człowieka nie denerwuje, krojenie fig zaczyna być ciekawe… Tylko proszę, nie próbujcie na nim smażyć. Dusić też nie.

Potrzebujemy:

  • 350 gram pszenicy na kutię
  • 300 gram maku
  • 5 łyżek miodu naturalnego
  • Bakalie (rodzynki, figi, orzechy, skórka pomarańczowa, generalnie kto co ma)
  • Aromaty do ciast (ja dałam migdałowy i waniliowy

Kutia jest  zdecydowanie moim świątecznym numerem jeden. Potrafię jeść ją cztery dni, po czym jeszcze zamrozić sobie miseczkę na później.  Zaczynamy od pszenicy: gotujemy ją aż będzie miękka, odcedzamy, wsypujemy do dużej miski.  Mak zalewamy wrzątkiem, odstawiamy na kilka minut, po czym wodę zlewamy, a mak mielimy dwukrotnie. Dodajemy do pszenicy. Bakalie ( kto co lubi, pole do popisu tutaj jest naprawdę ogromne) drobno siekamy i wrzucamy do tejże miski. Chyba nie muszę po raz kolejny wspominać  o ówczesnym namoczeniu rodzynek w alkoholu, prawda? Całość dokładnie mieszamy i słodzimy miodem według uznania. Dodajemy ulubione aromaty.

Jeśli mogę coś poradzić, błagam, nie kupujcie gotowej masy makowej z bakaliami. Wiem że to jest tańsze, szybsze i ostatnio modne, ale jest to także wstrętne, zawiera tonę cukru i zbędnej chemii. Szkoda więc marnować tak tradycyjnego dania, które naprawdę jest łatwe i ciężko cokolwiek w nim schrzanić, marną gotowizną. Równie dobrze możemy skoczyć do maka po hamburgery, wyciągnąć z nich mięso i podać na obiad twierdząc, że serwujemy schabowe.  A piszę to nie dlatego, że chcę zrobić jakiś czarny PR  masom, tylko dlatego że sama kiedyś skorzystałam z takiego wynalazku i było to tak słodkie i dziwne,  że cała przyjemność z wciągania trzech misek kutii dziennie poszła w las. Do makowca jakoś się nadaje, ale do kutii nie, niestety.

 Smacznego. Zamiast życzeń, załączam Derysia. W tym roku na choinkę nie poluje, bo z jadalnych rzeczy znajdują się na niej tylko suszone pomarańcze.DSCN1552

 

Pierniczki!

21 Dec

DSCN1523

Nadszedł czas świątecznych przygotowań. W moim wydaniu oznacza to pobojowisko w kuchni, sezon na grzane wino, oraz nieśmiertelne, twarde, lukrowane pierniki. Na szczęście twarde wcale być nie muszą, ponieważ wystarczy zapakować je do szczelnego pudełka z ćwiartką jabłka- pierniki miękną w dwa, trzy dni. Więc jeżeli jeszcze nie macie swoich pierniczków- nie ma problemu, nic straconego! Ze zdumieniem obserwuje ludzi robiących owe ciastka dwa, trzy tygodnie wcześniej. Mi jakoś nigdy to się nie udało. Po pierwsze nie widzę możliwości przechowywania słodkości dwa tygodnie- nie oszukujmy się, nie ma opcji żeby cokolwiek do świąt doczekało. Po drugie: coś w ramach przygotowań do świąt muszę robić. Kiedy wszyscy oddają się szorowaniu najgłębszych zakamarków domu, ja siedzę w kuchni ubabrana lukrem i radośnie maluje piernikowym reniferom oczy. Wcześniej już zgromadziłam cały arsenał produktów do dekoracji słodkości: kolorowe pisaki, złote i srebrne kuleczki, wiórki kokosowe, płatki migdałów, i coś, co miało być kandyzowaną skórką z limonki, ale bardziej przypomina galaretkę o smaku płynu do mycia naczyń. Podsumowując całą sytuację: uwsteczniam się. Sprzątanie jak zwykle czeka, przecież porządek nie zając. “No to se jeszcze poczeka, hehe”.

DSCN1521

Potrzebujemy:

  • 4 łyżki miodu
  • 500 gram mąki
  • 120 gram masła
  • 3 łyżki śmietany      
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • Łyżka kakao
  • 1 jajko
  • 100 g cukru pudru
  • 3 łyżeczki przyprawy korzennej

Na lukier:

  • Sok z 1 cytryny
  • Kieliszek wódki (powinien być rum, brandy, no ale sami rozumiecie, jest jak jest)
  • Odrobina wody
  • Cukier puder (na tą porcję pierniczków pójdzie lukru z około 300 g cukru

Zagniatamy ze wszystkich składników ciasto. Trwa to dłużej, niż byśmy sobie życzyli. Ciasto na pierniczki niestety jest bardzo uciążliwe w obróbce, tym bardziej kiedy używamy naturalnego miodu. Ze sztucznym to jakoś łatwiej idzie, ale wiadomo, sztuczny miód to reniferza profanacja. Rozwałkowujemy na grubość około pół centymetra, ja czasem zostawiam jeszcze grubsze (szczególnie kiedy mają zmięknąć w ekspresowym tempie) i wykrawamy ciastka. Trzeba bardzo ostrożnie przekładać je na blachę, ponieważ ciasto jest wyjątkowo kruche. Pieczemy na papierze około 10 minut w temperaturze 180 stopni. Po wystygnięciu przyrządzamy lukier (mieszamy wszystkie składniki aż będzie gładki, błyszczący i dość gęsty, aby nie spływał z ciastek) i ozdabiamy. Dobrej zabawy!

A. Prawie bym zapomniała. W tym roku miałam pomocnika. Uprzedzając pytanie: nie, nie mam dzieci. Mam tylko męża. Bardzo twórczego, jak widać na załączonym obrazku. Oto lis. 

DSCN1530

Piegusek z bakaliami

9 Dec

DSCN1492

Deszczowy, wstrętny, mokry poniedziałek. Gorzej być nie może. Naprawić całą sytuację da się tylko czymś do jedzenia. Koniecznie słodkim. Nie wiem jakim cudem do głowy wpadło mi właśnie to ciasto. Nie jadłam go prawdopodobnie od śmierci babci. Pamiętam je nawet jak przez mgłę, ponieważ było to ponad dekadę temu. Chodziłam więc dziś po kuchni trzaskając szafkami i ubolewając nad brakiemwszelkich kalorycznych składników: śmietany kremówki, masy krówkowej, czekolady. Nie było niczego. Sama zdrowa żywność, sałaty i te sprawy, jak to w poniedziałek. W końcu natknęłam się na mak. Zalegał na półce, ponieważ ostatnio miałam robić makowiec, ale- zawsze jest jakieś ale- uszkodziłam maszynkę do mielenia.  I tak przypomniałam sobie, że była kiedyś taka babka, do której wsypywało się dużo maku i była dobra. I co najważniejsze, słodka. Pamiętam, że mi smakowała. Teraz, kiedy właśnie pisząc tę notkę wyciągam ciasto z pieca jestem w stanie potwierdzić- na pewno mi smakowała. Jest bardzo prosta, ryzyko porażki przy pieczeniu jej jest więc minimalne. Pachnie w całym domu. Jest miękka i puszysta. Tania i szybka. Dziwne, że zapomniałam o niej na tyle lat. Liczyłam, że starczy na kilka dni, ale podejrzanie szybko znika z kuchni.

Potrzebujemy:

  • 150 g masła
  • 150 g cukru
  • 170 g mąki
  • 5 jaj
  • Szklankę maku (to jest około 150 g)
  • 50 ml mleka
  • Łyżka proszku do pieczenia
  • Cukier waniliowy
  • Opcjonalnie: bakalie

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. Cukier, jedno całe jajko i cztery żółtka ucieramy mikserem z cukrem. Pozostałe białka odstawiamy na później w sporej misce. Do żółtek z cukrem powoli dodajemy mleko, roztopione i wystudzone masło, proszek do pieczenia, mąkę.  Na końcu wsypujemy mak oraz bakalie, delikatnie mieszając. Ja uzbierałam około 1/3 szklanki żurawiny, wiórków kokosowych i orzechów włoskich. Bakalie nie są obowiązkowe, ale w mojej głowie tak się urodziło, że fajnie wzbogacą ciacho. Poza tym zbliżają się święta, sklepy kuszą suszonymi owocami, więc nabrałam na nie ochoty. Jeśli chodzi o gotowanie praktycznie zawsze słucham swojego łasuchowego instynktu. Tak było też tym razem. Szkoda, że nie miałam skórki pomarańczowej.

Białka ze szczyptą soli ubijamy mikserem na sztywną pianę i delikatnie łączymy z ciastem. Wylewamy do foremki keksówki, uprzednio posmarowanej tłuszczem i wysypanej mąką. Pieczemy około 50minut. Najlepiej smakuje na ciepło. 

Happiness is homemade

Food, Lifestyle & Travel Blog

Smaczni Przyjaciele

Przepisy zainspirowane przyjaciółmi z różnych ston świata i nie tylko

mammadeli

blog kulinarny dla dociekliwych

Teofil Blog

obserwuję, komentuję

Thing we've got.

Luźne słowa, wolne myśli.

Pół jabłka dla ciebie

Dzielę się tym, co znajdę

beautyhairandfashion

gotowanie to nie matematyka a sztuka, więc bałagan jest wskazany

gotowanie to nie matematyka a sztuka, więc bałagan jest wskazany

gotowanie to nie matematyka a sztuka, więc bałagan jest wskazany

Notatki z lektur

recenzje książek: kryminał, reportaż, historia, internet, muzyka

kawowywroclaw

wszystko o kawie

The Daily Post

The Art and Craft of Blogging